Jak słyszę hasło klucz Mamo, Dzidzia to mnie ... rozszyfrowując to Hanka ma na myśli wielkie matczyne przytulanie, wygłupianie, czytanie, włażenie mi na kolana... sielanka. I uwielbiam to ale gdy się ma jakiegoś podstępnego letniego wirusa i targa wnętrznościami mimo 1600 mg nurofenu na dobę, łamie w kościach i telepie na słońcu to sorry. Nie narzekam. Ostatnio zaskakuje mnie samodzielną zabawą. Puszczam ją samopas i udaje, że mnie nie ma. Snuje się i smęci ale w końcu coś do zabawy sobie znajduje. A przecież wybór ma ogromny. Ale ja byłam dzieckiem z tych nudzących się i tych co trzeba zabawy wymyślać. Jak na razie Hanka rokuje nadzieje ;)
I wrzesień. Przybytki oświaty. Jeszcze nie dla Hanki ale za rok. Jak do lokalnego nas nie wezmą to trzeba będzie w pobliżu poszukać... i chyba już czas zacząć ;) Bo jak słysze o kolejkach i zapisach i rekrutacji to dziwnie mi....
Na tapecie mówionej popularne stało się słówko
popatrz dokładnie w takim polskim brzmieniu.
Tatuś popatrz, Mamo popatrz, Papa popatrz baja... i
bloblanoc / dobranoc.
Bloblanoc wszystkim dookoła.... czasami takie perełki jej się wymskną, że zanim się zorientujemy to zapomnimy ;) bo
cześć już nawet nam spowszedniało i w mowie i w użyciu.
A dzisiaj na śniadaniu zajadała się kiełkami rzodkiewki i samą rzodkiewką. Jak nic dzien sponsorowany przez warzywa.

Sąsiad dał pysznej zupki jarzynowej na spróbowanie. Jak Ona nie będzie chciała sama chętnie zjem. Na chorobę. A potem idziemy do Cioci Asi na obiad. Dzień Chorej Matki normalnie ;)