8 listopada 2018

galopem w jesień

Hanka zażyczyła sobie post o koniach, to musi być post o koniach.

Nieważne, że jesień, bo na naszym ranczu jest kryta ujeżdżalnia, więc nawet przy najgorszej pogodzie jeździć można. Tak też było w ostatnią sobotę. Szaro, zimno, mżawka. Ja zostałam w domu z Adamem, a Dziewczyny z Tatą Potomstwa pojechały. Hitem stał się fakt, że Cela pierwszy raz sama jeździła na koniu. Nieasekurowana przez panią instruktorkę. Hanka jak to Hanka, wszystko już sama, choć na niewielkiej ujeżdżalni krytej niezbyt można się wykazać, a jedynie szlifować to, czego nauczyła się do tej pory. I tak najważniejsze było to, że po prostu były konie. A. Koza padła i króliki, bo jakiś zwierzęcy wirus je dopadł. Dzieci jeszcze żyją 😉.

P.S. Jak dla mnie Celina w różowej czapce, różowym kasku, z różową szczotką i różowym czaprakiem wygląda kozacko.

A na dole nasz ulubiony psi strażnik na ranczu, Borys. Choć ja wolę po staremu 7Days.





zabawki codziennego użytku

W sumie kiedyś poruszyłam już ten temat à propos butelki wody Żywiec Zdrój i kartonów z Ikei. I mimo tego, że od tamtego czasu minęło kilka dobrych miesięcy, to temat nadal pozostaje aktualny. Zatem jeśli kiedykolwiek myśleliście, o tym, żeby na prezent kupować maluchowi jakieś wypasione zabawki interaktywne, sortery, gadająco-świecące plastiki, to olejcie temat. Serio. Bardziej serio niż kiedykolwiek. Wybaczcie, że nie robię zdjęć wszystkiemu, czym Syn się bawi, bo to w sumie bez sensu, ale proszę bardzo, choć odrobinę zobrazuję zaistniały stan rzeczy.

1. Kosz na bieliznę ze szmatą w środku


2. Buty Celiny. Na obcasiku oczywiście, bo stukoczą. 



 3. Gadżety kuchenne


4. Komputery, telefony, pady



Na liście ulubionych przedmiotów pozostają także: klucze, ręczniki papierowe, tuby po ręcznikach papierowych i papierach toaletowych, flet, garnki (najlepiej duże do których można wsadzić jedną lub dwie nogi, a jeszcze lepiej całą dupencję), czytnik kodów kreskowych (to u Taty w pracy), odkurzacz, podkładki pod napoje, fotel obrotowy, roller do masażu.No i żywe ruszające się zwierzęta oczywiście. Od pająków na koniach skończywszy.

6 listopada 2018

chcesz być kolosem, racz się kabanosem

Szczególnie na śniadanie.


psi patrol

Tata Potomstwa kupił Celi nową grę na iksboksa. Psi Patrol.
Cela zachwycona.
Jak dla mnie gra przesłodka. Idealna dla 5-latki. Serio.
A tak się złożyło, że Cela do kompletu mogła grać w towarzystwie własnego psiego patrolu - Ali i Zgredka.


świeżo wyciskany sok pomarańczowy

Uwielbiamy. Wszyscy. A zima idzie a z zimą najlepsze cytrusy. Zaczynamy sezon na sobotnio-niedzielne śniadaniowe wyciskanie! 😃🍊





halloween slash wszystkich świętych

Halloween być musi. Tak zarządziły Dzieci.
Szczerze, nie jestem ani za, ani przeciw. Zewsząd słychać głosy potępienia, że Halloween sprawia, że nie uczymy najmłodszych zadumy i że nasza uwaga odwraca się od tego co ważne, w kierunku tego co tanie i kiczowate. Może trochę tak, aczkolwiek osobiście uważam, że jedno ma niewiele do czynienia z drugim. My zawsze dbamy o to, by w te dni odwiedzić groby najbliższych, a szczególnie Mamy Kali, Babci Niusi i Dziadka Adasia i teraz już Waldka. 
A nawet jeśli sami daliśmy przyzwolenie na to, żeby "obchodzić" Halloween (choć to może głupie stwierdzenie, bo nie potrzeba na to przyzwolenia), to tylko dlatego, że uważamy, że trzeba się cieszyć tym co jest teraz i jeśli przebranie się za czarownice, zrobienie makijażu i raczenie dzieciaków cukierkami ma sprawić, że Dziewczyny będą uśmiechnięte, to why not? A na cmentarz chodzimy nie tylko od święta.

Było więc Halloween, były i przebrania i mroczne miny Adama i jack-o'-lantern i cukierki dla dzieciaków, które robiły cukierek albo psikus i było fajnie.





jesień pełną parą

Przyszła już.
I jest.
W tym roku wyjątkowo złota.

wybory

Chyba muszę pogodzić się z tym, że nie ogarniam pisania postów na bieżąco.
Smuteczek.
Ale nadrabiam. Systematycznie. 
Cofam się więc do 21 października, bo był to dzień wyborów samorządowych. A wybory rzecz arcyważna, więc i Potomstwu wpoić trzeba, że na wybory każdy porządny obywatel (i obywatelka też) iść musi!
Cierpliwie Córki i Syn czekały w kolejce, bo frekwencja dopisała.
Głosowaliśmy w Urzędzie Gminy, więc jak zwykle Potomstwo hulało potem na placyku.


19 października 2018

bienvenue à Paris!

Zdałam sobie sprawę, że zaczynają mi się ulatniać wspomnienia z naszej wyprawy i stwierdziłam, że czym prędzej muszę w końcu napisać co i jak.

Fartem udało się tak, że pod Paryżem mieszkają nasi Przyjaciele, Maciek i Asia. Z automatu więc, zaliczając wycieczkę do Babci do Belgii, zahaczyliśmy o Paryż, gdyż to rzut beretem. Laski w sumie zajarane (przynajmniej częściowo) bo wieża Eiffla i Antek, ja bo po prostu Paryż, nieważne, że tysięczny raz, ale Paryż is olłejs a gud ajdija, Adam pewnie miał to gdzieś, a Tata Potomstwa w sumie nie wiem, bo On mówi jedno, żeby zrobić mi przyjemność, a w głębi duszy pewnie marzył o tym, żeby usiąść z Maćkiem i napić się piwa 😃. Trudno. Wiem, że to moja wina, ale "przymusiłam" towarzystwo do zwiedzania. Wmówiłam sobie, że w życiu najważniejsze są rodzina i podróże, więc podejmuję próby wpajania tych założeń kolejnemu pokoleniu 😉.

Zawczasu ustawiłam trasę zwiedzania, żeby zaliczyć wszystkie najważniejsze miejsca, oczywiście w takim stopniu w jakim uda się to zrobić w ciągu jednego dnia i z czwórką Bachonarium (bo mieliśmy jeszcze towarzystwo Antka i Asi).

Zebraliśmy się rano autem z Chartres, tam gdzie mieszkają, i ruszyliśmy na miasto. Zaparkowaliśmy na wjeździe, bo przecież głupi nie jesteśmy i nie będziemy autem jeździć po Paryżu, bo to bez sensu. Dajemy do metra i na sam począteczek (zaznaczam, że Adam jeszcze nie chodził, bo to koniec sierpnia był), od razu wnoszenie i znoszenie wózeczka po schodach do metra. Z góry na dół, z dołu do góry i jazda 😃. Metro stare, nieprzystosowane, dobrze, że w dwójkę byliśmy, to śmigaliśmy. Ja i Tata Potomstwa z Adamem, a Asia koordynowała starsze Towarzystwo. Cela na początku wystrachana, bo TO METRO. W Warszawie jeździła, ale mimo wszystko nie jest przyzwyczajona. W każdym razie dojechaliśmy na Trocadero, a tutaj niespodzianka, bo żeby tak pusto było, to ja nigdy nie widziałam. Żadnych kolejek do brzegu tarasu, luźniutko, normalnie WOW. Jak się potem okazało w ogóle było jakoś tak pusto, i jak domniemałyśmy później, sierpień chyba i paryżewo na urlopy powyjeżdżało. Dygresję jeszcze zrobię, to czego się obawiałam, to to, że w pewnym momencie Potomstwu nóżki wysiądą, a tutaj kolejna niespodzianka, domyślam się, że zasługa obecności Antka i wzajemnego napędzania się, nic a nic Towarzystwo zapitalało w tą i z powrotem i ani śniło o tym, żeby się zatrzymać! Wyobraźcie więc sobie, że kiedy jesteśmy w domu, Celina jęczy po przejściu 200 metrów, a tam zrobiła trasę Trocadero-Wieża-Pola Elizejskie-Luwr, potem krótki przejazd metrem, Pigale-Rue Garreau-Moulin Rouge i nic. Po drodze jeszcze ogarnęli plac zabaw w Tuileries. Także brawo Oni!

Z ciekawostek gastronomicznych, choć serio nie wiem czy kogoś to interesuje, ale piszę to przecież Dzieciom na pamiątkę, Potomstwo oszamało naleśniki z budy naleśnikowej, tonę croissantów, które zabraliśmy ze śniadania w domu i... makdonalda! Choć jak potem poszliśmy na jedzenie "dla dorosłych" to Hanka się załamała, że ona już zjadła makdonalda a tutaj takie dobre mięsko. Ups 😕.

Późnym popołudniem wróciliśmy do domu, w końcu Dzieciaki padły na kanapę i odpaliły konsolę. Asia zaserwowała rosołek, a my z Adamem i Maćkiem poszliśmy jeszcze zobaczyć katedrę w Chartres. Tutaj zaznaczam, że pluję sobie w twarz, że nie wyciągnęłam Hanki, żeby poszła z nami. Bo skoro na nas zrobiła wrażenie swoją okazałością i gigantycznością, to co dopiero na Niej. No i skoro jest wpisana na listę UNESCO, to musi coś znaczyć... Na Adamie nie wiem czy zrobiła wrażenie, ale jako amator świeżego powietrza, spacerek na pewno docenił 😉.

Także veni, vidi, bez vici. W trybie podstawowym, Paryż Potomstwo zaliczyło 😃!



 

 

 









17 października 2018

Waldek

Dzisiaj odszedł Waldek.

W sumie mimo wszystko niespodziewanie. Piszę o tym tutaj, bo dla Potomstwa był kimś więcej niż tylko sąsiadem. Był prawie Dziadkiem. Pomijając nasze wyjazdy, był z Nimi praktycznie codziennie. Od urodzenia. Fundował prezenty, pilnował, uczył jeździć na rowerze, chodzić, zabierał na lody do Bożenki. Adam był w Nim zakochany. Z wzajemnością zresztą. Waldek był jedną z pierwszych osób, które zaczął poznawać i za którą płakał, gdy znikała z zasięgu wzroku. Troszczył się o Potomstwo jak o swoje wnuki. Był tak bardzo "wpasowany" w krajobraz naszego domu, że czasem nawet nie zwracaliśmy na Niego uwagi. A teraz będzie Go nam brakować. Bo już więcej nie popilnuje Celiny w basenie, ani nie pójdzie z Dzieciakami na placyk. 

Już tęsknimy.