19 lipca 2019

op. op.

Od kiedy Adam zaczął się z nami komunikować w sposób bardziej werbalny niż dotychczas, są w Jego słowniku zwroty, które notorycznie powtarza. Nie zdziwię nikogo pisząc, że po pierwsze: są to czasem wyimaginowane słowa dziecka, które rozumie tylko najbliższe jemu otoczenie i tylko dlatego, że po kilku/kilkunastu/kilkudziesięciu próbach udało nam się dojść do tego, o co mu chodzi. Po drugie: wynikają z potrzeb dziecka, które są jak każdy doskonale wie, indywidualne.

W słowniku Syna jest już kilka jego indywidualnych tworów słownych. "Op" jest dosyć oczywistym, tym bardziej, że idzie w parze z uniesionymi rękoma, a czasem także lekkim podskokiem.





Mamy jednak także takie:

by (z tym, że spróbujcie wymawiać "y", ustawiając usta jak do wymowy "e" - to będzie ten dźwięk) - cukierek, żelek, landrynka, tiktak

tat lub tać - tak

ne - nie

pa lub pupa - kupa

njanja - koń (kląskanie jest za trudne, a wie, że dźwięk konika to kląskanie, więc uprościł sobie)

nana - Hania

nnina - Celina

bam - wszelkiego rodzaju przewroty, upadki, bądź dźwięk kolizji resoraków

ijoijo - pojazdy na sygnale lub śmieciarki

mniamniam - jedzenie

mle mle - lody

chodź - chodź

I jeden raz powiedział: pies. Tak serio pies w kontekście psa.

No i mama, tata, baba, dziadzia.

Na razie to chyba tyle. Nie wiem czy to spektakularny repertuar, ale Adamowy. Mówimy do Niego dużo. Nawet bardzo. Słów przyjmuje na pewno więcej niż przykładowo jedynak, bo jakby nie było Hanka i Celina paplają wokół Niego cały czas. Ale (co dziwi zresztą mnie samą) zupełnie nie mam ciśnienia, żeby JUŻ zaczął mówić, bo inne dzieci mówią. Jak zacznie to zacznie. Głupi nie jest, ogarnie 😉

partners in crime.

Komentarz jest zbędny.


14 czerwca 2019

komiks o Celinie

Był komiks o Hance, to teraz o Celinie. Może nie przedstawia Jej w stu procentach, ale Celina miewa czasem, nazwijmy to hardkorowe, jak na pięciolatkę oczywiście, podejście do niektórych spraw 😉. Chodzi o to, że taki tekst mógłby naprawdę wyjść z Jej ust i widzę to matczynymi oczami 😉.


blue man

Ubrałam Syna na niebiesko. Jakoś tak pasuje mi ten kolor do Niego. I patrzę na zdjęcie i moje pierwsze skojarzenie wędruje tu. Albo jestem dziwna, albo mam spaczenie zawodowe, że patrząc na Syna myślę o eventach. Albo jedno i drugie.



13 czerwca 2019

a tak się prawnuk prezentuje z prababcią

W Wielkanoc. 2019.

historia małego strażaka

Ja doskonale wiem, że większość chłopców chce zostać strażakami. Ale i tak śmiem twierdzić, że pragnienie Adama, by być strażakiem jest większe niż innych przeciętnych chłopców.

W ciągu dnia nie ma godziny, a może nawet i kwadransu, w którym Adam nie skrzeczałby ijuijuiju, nie zabawiał się czymś związanym ze strażą albo nie oglądał straży na jutubie.

Adam straż każe sobie rysować, wozów strażackich w różnych rozmiarach i różnego typu ma chyba z pięćdziesiąt. Ma straże duplo i plejmobil. Ma straże z serii strażaka Sama. Ma wozy na resorakach i bez resoraków. Najlepszy kumpel Hanki, Karol, pomaga w naszej ochotniczej straży jako wolontariusz, więc mamy tam chody i możemy wsadzać Adama do wozu i zakładać mu hełm. Jak jedziemy na wycieczkę brum brum, to koniecznie koło jakiejś straży. Z naszego domu słychać syreny, więc Adam automatycznie biegnie do okna lub do bramy wypatrywać wozu. W śmingusa dyngusa Tata Potomstwa wybiegał prawie w piżamie, żeby o 8 rano wybulić 50 peelenów, żeby strażacy polali dom wodą na szczęście.

Chciałam przez chwilę jakoś poetycko z czymś porównać fioła Syna, ale jedyne co mi przyszło na myśl, to moje uwielbienie do ciepłej drożdżówki z masłem, więc średnio to adekwatne.

(Nawiasem mówiąc, tak stereotypowo, ten strażak to fajny zawód. Strażacy są odważni, przystojni, wysportowani, ratują zwierzęta i ludzi... Ale jako mamusia chyba bym się bała o Synka... 😉)









doroczne dionizje ligi mistrzów

Jak zapewne się domyślacie, nadganiam z postami.
Staram się robić to w kolejności chronologicznej z oczywistych względów. Wygląda to tak, że odpalam galerię zdjęć w telefonie i wiem, gdzie skończyłam.

Zatem kolejnym punktem w galerii było to oto zdjęcie. Kto nas zna, wie od razu, że taka fotografia oznacza jedno. W telewizji leci właśnie Liga Mistrzów. 

Scenariusz wygląda tak: Tata Potomstwa ciągle jeszcze usypia Celinę (choć ta zaklinała się, że od szóstych urodzin będzie zasypiać sama, bla bla bla). Kiedy jednak wypada mecz LM, nie ma opcji, Tata będzie oglądać mecz. Celina jęczy, bo chce do łóżka, ale nie ma bata: "jak chce być przy Tacie, to w ten dzień zasypia na kanapie". Ona już doskonale wie, że wtedy nie ma przebacz. Ostatnio nawet już bardzo nie walczyła, bo wie, że to na nic. Więc kładzie się, chwilę pokomentuje mecz i zasypia. A za moment zasypia i Tata.

A ja mam spokój.

14 maja 2019

nie jestem mamą na medal i nie jestem mamą do rany przyłóż

Otóż tak.

Świadczy choćby o tym brak wpisów przez dwa miesiące. Miałam na tyle dość komputera w pracy, że w domu nie mogłam już na niego patrzeć. Choć Hanka uparcie powtarzała "wstaw posta", to wizja zalogowania się, pisania i edytowania była na tyle przygniatająca, że nie miałam chęci tego robić. Po prostu. No i zwodziłam Ją ciągle mówiąc "tak, wiem, napiszę". A jeden malutki pościk wystarczyłby, by uradować serce pierworodnej...

Nie jestem na medal, bo zdarza mi się krzyczeć na Potomstwo. Powinnam starać się Ich zrozumieć, dociec, gdzie leży sedno problemu. Ale czasem się nie da. Albo brak mi cierpliwości. Albo chęci. A powinnam być ponad to. To tak nie działa.

Wymagam pewnych rzeczy. Z czasem od każdego wymagam nieco więcej. I tutaj dygresja. Czytałam ostatnio książkę Michelle Obamy. Poświęciła w niej sporo miejsca na opis swojego dzieciństwa i rodziców. Oczywiście kim ja jestem, żeby porównywać się do mamy Michelle Obamy, lecz urzekło mnie pewne stwierdzenie. Michelle napisała, że jej mama nie była nigdy zbyt surowa, ale też nie pobłażliwa. Nie wychwalała zbytnio sukcesów, ale też nie dołowała i nie użalała się nad porażkami swoich dzieci. Potrafiła wypośrodkować różne emocje, reakcje, unikając tych skrajnych. I co najważniejsze, wychodziła z założenia, że wychowuje przyszłych dorosłych, a nie dzieci. I mam takie poczucie, subiektywne oczywiście, że ten fragment jest tak bardzo o mnie. Nie jestem typem mamy, która trzyma dzieci w szklanej bańce. Staram się stawiać na ich samodzielność, dostosowaną oczywiście do Ich wieku i zachęcać do próbowania różnych, nowych rzeczy, nawet jeśli okażą się one być porażką. Bo jeśli w wyniku tego, że dziecko będzie samo chciało pierwszy raz posmarować kromkę masłem, a stłucze talerz (co zresztą nam się zdarzyło), to co najwyżej będę się śmiać i obrócę to w żart.

Nie użalam się nad dzieckiem, jeśli to zedrze skórę z kolana. Spytajcie zresztą Hanki. Zdarło. Stało się. Nie umrze. I nie jest to ból nie do wytrzymania. Wiem, że trochę boli, szczypie swędzi, denerwuje. Każdy by tak miał. Ale nie będę przez 3 dni żyła zdartym kolanem mojego Dziecka, choć może niektórzy powiedzą, że powinnam. Po prostu nie.

Staram się interesować tym co u Dzieci, choć czasem nie nadążam. Przyznaję. Babcia Lidka wie pewnie więcej niż ja. Pracuję, wracam do domu późno. Nawet jeśli mamy chęci pogadać, to i tak to, co usłyszę, będzie ułamkiem tego, czego dowiedziałabym się bezpośrednio od dziecka jak wraca ze szkoły czy przedszkola i gdybym była mamą na pełen etat. Tak to działa. Zaraz po szkole emocje są gorące. O 18-tej lub 19-tej niekoniecznie.

Nie serwuję dziesięciu dań na niedzielny obiad, dla każdego dziecka Jego ulubionego. Nie robię kanapeczek w kształcie uśmiechniętych buziek i nie pozwalam jeść dużo słodyczy. W zamian dostaję rykoszetem frustracją Potomstwa, smutnymi buźkami, błagalnymi prośbami, krzykiem i tupaniem nogami. Czasem pójdę na rękę, a czasem nie. Jak nie pójdę, jestem tą złą. 

Często (może nawet za często, a do tego tonem księdza, jak to stwierdził Tata Potomstwa) mówię: nie można tak robić, nie wypada, coś należy robić, coś powinno się robić, czasem trzeba dać coś od siebie, żeby dostać coś w zamian, nic nie jest za darmo. I oczywistym jest, że w wielu sytuacjach takie teksty spotykają się ze ścianą (choć, gdyby kończyło się na ścianie, to i tak byłoby nieźle), czasem ze sprzeciwem (wyrażanym w mniej lub bardziej głośnej/krzykliwej formie). Konkluzja Potomstwa jest zatem taka, że jestem zła, niedobra, najgorsza, bo w jakiś sposób nie pozwalam Im wyjść z ich strefy komfortu lub co gorsza wkraczam w Ich strefę komfortu.

Pewnie nie jestem najgorsza, ale do ideału też mi dużo brakuje. 

Ale za to gromadzę Potomstwu pamiątki na strychu, ciągle pozwalam Im zapraszać znajomych i robię najlepsze kakałko 😉

P.S. Niedługo możecie spodziewać się lawiny postów.

2 marca 2019

komiks o Hance

Nie mogłam się oprzeć, żeby się tym nie podzielić, bo w tym tyle jest najprawdziwszej prawdy, że więcej już być nie może 😂. O co nie zapytam, o co nie poproszę o podanie, to tego nie ma 😂. 


placki bananowe

Placki bananowe to jedno z kilku dań (o ile można to nazwać daniem), które przyrządzam regularnie. Otóż wszyscy lubimy jeszcze lekko zielone banany, ale kiedy zrobią się już "normalne" to już niekoniecznie. No i tak sobie leżą, aż zbrązowieją nieco i wtedy ja je do blendera, mleko, mąka, jajo, masełko klarowane, bzzzz i gotowe. Hanka ich nie lubi, Celina, zależy od dnia, a Adam ile by nie było zje wszystkie 😂. Pierwszego bierze od razu po usmażeniu pierwszej porcji, a potem dojada i dojada i dojada. Ja stoję przy patelni, a On jak tylko zje, to przybiega po kolejnego pokazując palcem na talerz i krzycząc "Mamaaaa"!