9 listopada 2021

hendikrafty wszelakie

W okresie pandemicznym na urozmaicanie czasu wolnego Bachonarium wspomnianymi wcześniej hendikraftami wpłynęły dwie rzeczy:

1. Nuda.

2. Fakt, ze prace te normalnie byłyby wykonywane w szkole/przedszkolu, ale nie były, bo był korona.

Tyle i aż tyle. Uwierzcie mi, że było tego więcej. Nie będę wspominać o "zwyczajnym" malowaniu farbami, kolorowaniu czy tworzeniem dzieł z ciastoliny.

Oto wybrane dzieła:

1. Skamieniałość dinozaura, wykonana z ciasta i eko patyczków do uszu.






2. Smoki z wytłaczanek po jajkach.


3. Slime z naturalnych produktów, bo Potomstwo sobie zażyczyło, a nie miałam pod ręką tych wszystkich niezbędnych produktów do "prawdziwego" slime'a.




W większości przypadków jest strasznie dużo syfu, ale zabawy co niemiara. Polecam ja, Mama 2.


pierwsza przeczytana książka Celiny

Książka nie książka, bo komiks. Ale całkiem spory jak na pierwszą książkę. Przeczytana w całości sama. O koniach, no bo o czym innym. Z książką zawsze jest do twarzy.



starzy

A teraz chcę się pochwalić, bo rok temu, a było to w październiku 2020 udało nam się (starym) pierwszy raz wybyć samym bez Potomstwa! W sensie nie na koncert czy kolację, ale na przedłużony weekend w góry, a nawet za granicę, bo do Czech, które za każdym razem pokochujemy bardziej! Plan jest taki, że na emeryturę się przeprowadzamy właśnie tam.

Także Dzieci - kochamy Was nad życie, ale czasem my musimy mieć wolne od Was i Wy od nas też 😀. Pozdro 500.



7 rano, paleontolog na stanowisku.

Zdjęcie zrobione o 7 rano. Mały człowiek już ubrany. Akurat zostawał w domu. Na ekranie Dinopociąg. Obok szkielety dinozaurów z lego. 


p. s. Zdjęcie oczywiście, jak Adam miał lat 3 i pół.

pierwszy dzień przedszkola i szkoły

I tym samym cofamy się w naszej potomstwowej podróży o rok - do roku 2020, kiedy to Cela ruszyła do klasy pierwszej, a Adam do przedszkola. Uświadomiłam sobie, że nie zrobiłam nawet podsumowania trzecich urodzin Syna i nie pamiętam już, co było takiego ciekawego jak miał 3 lata, co potrafił, a więc z prędkością strusia pędziwiatra (którego nota bene uwielbia teraz mając lat 4) nadrabiam inne zaległości, żeby jak najmniej uleciało z mej pamięci.

Pierwszy dzień Potomkini i Potomka wyglądał tak. Raczej radość niż smutek. Czy stres? Nie wiem, bo tego uczucia chyba nie potrafiły Dzieci nasze jeszcze nazwać. 

Przypominam, że okres ten przypadł na czas korona, co skończyło się tak, że Celina miała gro lekcji on-line, a Adam, mimo tego, że chodził do przedszkola (bo te działały), to jako pierwszoroczniak przedszkolny kończył i tak w domu z infekcjami. Grunt, że mamy Babcię Lidkę, a my prace, w których jeśli jest nagły wypadek możemy pozwolić sobie na zostanie w domu i pracę on-line (w moim przypadku) lub relaks i sprzątanie (w przypadku Taty Potomstwa).

Teraz mamy rok 2021, listopad już leci, zaczyna się nasta fala pandemii. Celinie udaje się regularnie chodzić do szkoły i szkołę naprawdę lubi. Adam jest już po kilku infekcjach i właśnie wylądował na kwarantannie, bo miał styczność z kimś pozytywnym. Baj de łej, Hanka też. Adam do przedszkola "trochę lubi chodzić, trochę nie", bo "jest trochę fajnie i trochę niefajnie". Wolałby oglądać głupotki na jutubku, ale wie, że musi iść, jeśli tylko jest zdrowy i chyba pogodził się z tym faktem. Poza tym zmieniła mu się Pani Emilka na Panią Agnieszkę. Pani Lidka jest bez zmian. Pani Agnieszka też jest fajna.

W zeszłym roku szczerze się denerwowałam, kiedy dzieci ze względu na chorobę lub kwarantanny i inne zostawały w domu. Wiedziałam, ze to siła wyższa, było mi szkoda ich jak były chore lub z przymusu nie mogły przebywać z rówieśnikami (wiecie takie normalne rodzicielskie uczucia), ale czułam też wewnętrzny wkurw (to też normalne rodzicielskie uczucie). Mówiłam sobie, że przecież Dzieci mają być TAM, w przedszkolu i szkole. A ja mając pracę on-line mieć piękne 8 godzin spokoju. A teraz przeszłam na inny lewel. Otóż moją tajemnicą jest... pogodzenie się z faktem, że muszę pracować mając Bachonarium obok. I daję radę. Babcia Lidka oczywiście pomaga, ale dziękuję swojemu mózgowi, że jest tak stworzony, że nauczył się wyłączać. Tylko jak rozmawiam z klientami, to chowam się w innym pokoju.

Aha, w temacie nauki dopiszę jeszcze, żeby już nie wracać. Adam chodzi na dodatkowy angielski, dwa razy w tygodniu, bo jest akurat a naszej lokalnej szkółce grupa dla maluchów. Cela z kolei chodzi na sks-y, taniec i korektywę (nie dlatego, że jakoś wybitnie musi, tylko po to, żeby miała dodatkową godzinę mądrego ruchu, zamiast siedzenia na świetlicy). Cela czyta też już sama książki, w tym roku przeczytała dwie lektury. A Hanka... Hanka ma egzamin 8-klasisty. Tego komentować nie będę 😀.




liga mistrzów

To u nas dziedziczne. Każdy mecz Ligi Mistrzów kończy się tak samo dla Taty Potomstwa. Adam uczy się od najlepszych.



wakacjones 2k20

Wakacji 2k20 nie było jako tako, więc zrobiliśmy sobie tropiki na ogrodzie. Zamiast parasola mieliśmy wiszące pranie. Zamiast jednorożca mieliśmy dmuchaną zebrę. A nade wszystko dobrą pogodę.



A Hanka zdała egzamin na Brązową Odznakę Jeździecką i widnieje już w oficjalnym spisie Polskiego Związku Jeździeckiego. To już nie byle co moi Drodzy.







23 czerwca 2021

post higieniczny

Znalazłam w telefonie takie oto zdjęcie (Tata Potomstwa obcina paznokcie) i stwierdziłam, że można by słów kilka napisać o higienie. Bo dbanie o higienę, to taka niby prozaiczna rzecz, a jednak...


Otóż, my o higienę dbamy bardzo. Lajk e lot. Kąpiel codziennie. Bez wyjątku. Mycie zębów, co najmniej dwa razy dziennie. Bez wyjątku. Kremowanie na słońce i na mróz. Maści na dolegliwości skórne. Żele na trądzik. Płukanie zębów płynem do higieny jamy ustnej. Czyste paznokcie, a jak nie to szorujemy szczoteczką. W pandemii dezynfekcja rąk. No wiecie, taki standard rzekłabym. 

Wszystko wydawałoby się pięknie i kolorowo, a tu ostatnio - Celina przyniosła morgelony we włosach (w sensie coś wszopodobnego, chyba ze szkoły, pomimo regularnego mycia włosów co 3, maksymalnie 4 dni), a Adam (przez fakt, że zrobiliśmy roczną przerwę w kontrolach stomatologicznych ze względu na COVID) wylądował u dentysty z 5 ubytkami w zębach! Katastrofa. Dla mnie, matki walniętej na punkcie czystości (i Taty Potomstwa zresztą tak samo) to armagedon. Oszalałam. Wpadłam w wir działania robiąc na Celinie dezynsekcję silikonowymi specyfikami przez kilka dni z rzędu. Czyszcząc szczotki, gotując pościel, wyrzucając spinki i opaski, piorąc pluszowe nauszniki i koce, w których Dzieci się tarzają. Było to z dwa miesiące temu, a ja nadal kontroluję głowy Towarzystwu. Celka ma mnie dość.

Co do Adama z kolei, to jedynym wytłumaczeniem jakie znajduję, są genetycznie słabe zęby mleczne. Słodyczy wcale nie je wybitnie dużo, po wieczornym myciu zębów nigdy nie jadł nic, cycka ssał prawie dwa lata, nie wspomnę już właśnie o tym, że zęby myjemy mu bardziej niż regularnie i nie mniej dokładnie. Whatever, najważniejsze, że to TYLKO małe ubytki, które prostymi i stosunkowo krótkimi zabiegami dentystycznymi udało się naprostować. Skończyło się na niemałym zadowoleniu Adama, gdyż doktor "Pieszczoch" łechta Mu ciągle ego pochwałami, jakim to On jest doskonałym pacjentem. Do tego wybrał sobie kolor plomb - żółty i zielony i jeszcze na koniec w nagrodę za doskonałe sprawowanie dostał mnóstwo badziewnego plastykowego szajsu z fortnite i jeszcze czegoś! Z perspektywy rodzica dwie ostatnie rzeczy to zło.

Także tak, jak do tej pory dbałam o higienę Potomstwa, tak teraz jestem upierdliwa jeszcze bardziej. Dobrze, że ręce myją porządnie sami z siebie. Mydłem oczywiście.

Aha, i to nie jest tak, że nie pozwalamy się dzieciom ubrudzić. Oł noł. Pamiętajcie, że mieszkamy na wsi, mamy dwa koty wychodzące i psa, którego całujemy w pyszczek, regularnie jesteśmy w stajni, a Dzieci chodzą do publicznych placówek edukacyjnych i mają permanentnie kontakt z zagluciałymi kolegami. Także patogenów mają pod dostatkiem, a ich ogólna odporność jest naprawdę na bardzo przyzwoitym poziomie. Ale to zapewne w dużej mierze zasługa szczepień 😀.





jeden jedyny raz

Tylko ten jeden udało mi się zapleść Hance porządne dobierańce. Takie dopracowane, gdzie nic Jej nie wylatywało, gdzie było całkiem równo i wszystko niby grało. Robiłam je chyba z pół godziny. Kto zna Hankę, ten wie jakie ma włosy. Mogłaby obdarzyć nimi spokojnie z 5 głów.

Przetrwały 2 minuty.

Po dwóch minutach Hanka zaczęła krzyczeć, że natychmiast mam Jej to zdjąć z głowy, bo Ją boli, uwiera, wkurza i po prostu NIE!

Wkurzyłam się. Ale cóż. Skoro niewygodnie, to przecież nie będę trzymać na siłę...


czarownica od kiszonek

Nasza rodzina uwielbia kiszonki. My wszystkie możliwe. Dzieci ogóry. Więc jak jest sezon, to kisimy. Zawsze musi być więcej, ponieważ oprócz jedzenia ich do kanapek, musimy mieć zapas na cały rok na ogórkową. Jakby ktoś nie wiedział, to Bachonarium je tylko trzy zupy: rosołek, pomidorową i ogórkową. I miso, ale miso jest poza systemem. 

Proces kiszenia wygląda zatem następująco.

  • Ogórki kupujemy tylko i wyłącznie u Pani Jadzi albo na naszym targowisku lokalnym.
  • Słoiki zbieramy cały rok (litrowe, po miodzie od Pana Stasia). Zakrętki kupujemy "u Wieśki". Nowe, żeby dobrze trzymały.
  • Babcia Lidka słoiki porządnie myje w zmywarce.
  • Ogóry myjemy w miskach na ogródku.
  • Babcia Lidka upycha ogóry do słoików.
  • Cela wrzuca przyprawy, czosnek, chrzan i całą resztę.
  • Ja szykuję wrzątek z solą, zalewam i zakręcam.
  • Nad całością procesu czuwa nasza audytorka Celina.
Et voila.